Do szkoły Lili mamy kilometr, wiem dokładnie, bo kiedyś mierzyłam z ciekawości Endomondo. Kilometr..... dla mnie to niewiele. Na tyle niewiele, że zazwyczaj udaję się tam rowerem, rzadziej pieszo. Oczywiście jak są deszczowe dni, albo wieje strasznie to decyduję się na auto. Ale generalnie mogłabym na palcach jednej ręki wyliczać takie dni. I do czego zmierzam.... Otóż idąc tak rano obserwuję bacznie (nieraz jeszcze jednym okiem) co się dzieje wokoło. I widzę ludzi, którzy mieszkają bliżej szkoły ode mnie, a dzień w dzień zapuszczają swoje silniki, żeby zawieźć dziecko pod samą szkołę, po czym zaraz wrócić do domu. Ostatnio szczytem było gdy zobaczyłam jak kobieta mieszkająca na drodze prowadzącej wprost do szkoły, ma może do niej jakieś 400 metrów, wsiada do samochodu i tą drogą wiezie swoje dziecko pod szkołę. Dodam, że gotuję się jak to widzę, bo mamuśka "pulchna" i dziecko "pulchne". Ekhm.... cóż.....widocznie pielęgnowanie sadełka w modzie. Niektórzy to nawet by do szkoły wjechali, żeby dziecko nie musiało tych dwóch schodków pokonać. Bo jak to? Zmęczy się, zasapie?
Szczerze nie rozumiem tego. Zamiast zachęcać dzieci do aktywności, do samodzielności (nie mówię o 6 czy 7 latkach) rodzice chowają pokolenie rozleniwionych kanapowców poruszających się nie na własnych nogach, a na kołach, szkoda, że nie roweru.
Szczerze.... czuję się jak klasa biedoty zawożąc dziecko rowerem do szkoły. Bo nie poszpanuję autem, nie zagram damulki z wymalowanymi paznokciami, tylko co najwyżej zwykłą kobietę z krasawcami od mega świeżego powietrza, czasami zziajaną, grubo opatuloną i w czapce. Ale dobrze mi z tym.....!!!
2 komentarze:
Dzień dobry, czy może się Pani odezwać do mnie? Mój mail to - a.nowak@babyono.pl - :)
Oj tak. U Nadii pod szkola to jak w salonie samochodowym. Ja to nawet wole isc sobie na piechotke, lubie takie orzezwienie z rana ;)
Prześlij komentarz