Piątkiem fajnie rozpoczęliśmy weekend. Zabraliśmy się z tatką na wycieczkę do Wrocławia, fajnie było bo oczywiście pogoda dopisała i udało nam się osiągnąć zamierzony cel. Niestety sobotni ranek nie był już tak kolorowy - Lili obudziła się z gorączką 38,5st i kaszlem. Zaskoczyło mnie to, bo nic, dosłownie nic nie wskazywało na rozwijającą się w niej chorobę. Po południu temperatura dochodziła do 40stopni. Niedziela rozpoczęła się kaszlem Niki, a w późniejszym efekcie jej gorączką, która już dziś rano wskazywała 39stopni. Mąż też poległ, trzymam się na razie ja, ale już dziś z okropnym bólem głowy i bolącym gardłem. A niedawno pochwaliłam się, że moje dziewczyny w ogóle nie chorują, bo tak było do tego weekendu - Lili nie pamiętam kiedy była chora, Niki jeszcze nigdy! Wniosek: nie ma się co chwalić, bo w momencie wypowiedzenia pochwały jakiś dziwny przypadek sprawia, że zaraz zaczyna atakować wirus (i nie tylko ja tak mam!). W każdym razie ledwie żywi trwamy w areszcie domowym :-/
1 komentarz:
Cos w tym jest, bo ile razy nie napisalabym na blogu, ze Dusia zdrowa, to za chwile cos ja rozklada ;) Zdrowka !
Prześlij komentarz