Ostatnio mam wrażenie, że cały świat sprzysiągł się przeciwko mnie. I jeszcze do niedawna odganiałam te myśli, tłumacząc sobie swego pecha na wiele sposobów. Ale, ALE....dziś znowu ze mnie zadrwiono boleśnie. Otóż jako matka polka chciałam dzieci zabrać na wycieczkę - żeby było ciekawiej miałyśmy jechać pociągiem, potem miał być mega wypasiony plac zabaw, fontanny i lody. Taki dzień dziecka. I ruszyłyśmy skoro świt, wyszykowane jak trzeba. Ale....już na peronie na niebie zaczęły zbierać się ciemne chmury, hm..., nie zniechęciło mnie to, tyle już przeszłyśmy, tyle wysiłku w to włożyłyśmy. W końcu deszcz może być, ale może z gatunku przelotnych? No bo jak to, skoro tak świetnie zaplanowałam ten dzień to świetny musi być. Ale.....kiedy tylko dotarłyśmy do celu zaczęło kropić....potem zaczęło padać, a potem lać. Na szczęście wiedziona jakimś przeczuciem spakowałam folię na wózek - jedna była więc ochroniona, Lili i ja nie, ale....jakimś cudem znalazłam parasol (tak, znalazłam, czyjś zgubiony) i to zaliczam do mega szczęścia (na gruncie zapewne czyjegoś nieszczęścia). A potem cóż...nasz ,mega fajny wypad skończył się na centrum handlowym, lodach jedzonych w pośpiechu w Mc'Donaldzie i biegu na pociąg w strugach deszczu i z drącym się w niebogłosy dzieckiem, które miało dość siedzenia w zafoliowanym wózku. Ot, co....takie to moje szczęście ostatnio jest. I tylko taka fotorelacja:
1 komentarz:
oj, to faktycznie kiepsko skończyła się wyprawa - my niestety też podobne mamy za sobą... ale parasola nie znaleźliśmy ;)
Prześlij komentarz