wtorek, 28 maja 2013

Nowy fakultet

Jestem lekarzem. Ale tylko moich dzieci.  Nabyłam tę umiejętność wraz z przyjściem na świat pierwszej córci.  I nie powiem, że jest to łatwe. Wymaga podejmowania trudnych decyzji, ciągłych i dociekliwych obserwacji. Nie ufam w 100% lekarzom, do których prowadzę moje dzieci, bo oni znają tylko część objawów, wiedzą tyle ile im powiem i do tej wiedzy dostosowują wiedzę książkową. I najczęściej boją się odpowiedzialności (zresztą nie dziwię się) i zapisują antybiotyk. A ja jestem ich dużym wrogiem.....
Ostatnią trudną sytuacją jest ta z Niki. Temperatura nie spadała przez 5 dni, ale nie była wysoka, nie na tyle, żeby podać  antybiotyk, objawów ogólnych brak, dziecko marudne, nie do zniesienia - koszmar. Biłam się z myślami co robić -  gnać po antybiotyk i mieć problem z głowy, czy poczekać jeszcze dzień.... Czekanie przyniosło rezultat - gorączka minęła, pojawiły się objawy. Z początku przyszło mi do głowy, że to szkarlatyna, a ja będę wyrodną, złą matką bo nie podam koniecznego przy niej antybiotyku. Ale szybko wpadłam na inną diagnozę - zapalenie jamy ustnej. Malinowe , spuchnięte dziąsła, brak apetytu. Jutro pognam do lekarza potwierdzić i poprosić o coś do smarowania. I nie żebym była jakaś nawiedzona i nie dbała o zdrowie moich dzieci - dbam, ale wolę nie podejmować pochopnych decyzji i nie wciskam im wszystkich świństw.
Ostatnie dni właśnie to zaprzątało moją głowę - ja w pracy, a Niki jęcząca ma maksa u babci -  a potem nie odstępowała mnie na krok. Oby szybko jej przeszło :-(

Brak komentarzy: